SLASH - Slash

Wbrew temu co napisano, Slash wcale nie nagrał przełomowej czy wybitnej płyty. Nagrał płytę nieco lepszą od przeciętnej i ubarwił ją gośćmi – zapewne przyjaciółmi, na pewno idolami i postaciami egzotycznymi. Dobór takiego garnituru muzyków sprawia, że uwaga przestaje być skierowana na muzykę. Ważniejsza staje się oprawa, a to już jest znak naszych czasów. Trudno jednak oceniać taką płytę – co by było, gdyby nie ci wokaliści, bo… Innych wersji nie znamy. Przypomina to trochę dociekanie, jak zabrzmiałaby płyty "Battle Rages On", gdyby jednak Gillan nie wrócił, a Deep Purple ponownie zdecydowało by się na Joe Lynn Turnera.
Kompozycje na całej płycie to rockowe piosenki, bez żadnych udziwnień. Poszanowanie tradycji z naciskiem na hard. Slash żadnych drzwi wywarzać nie zamierza, ubarwia wszystko solówkami, lecz próżno tu szukać patosu, jaki gościł na "Use Your Illision" lub obłędu "Contraband". Raz jest niezwykle – "We're All Gonna Die", innym razem tak sobie – "I Hold On", a czasem kompletnie nieudane - "Saint Is a Sinner Too". Realizacja płyty – tu Slash i współproducent nie odpuścili – jest dobrze. Przyjemnie się słucha, w tle sporo się dzieje i wcale nie trzeba za głośno, by bas mile połechtał, ale nie należy tej płyty słuchać zbyt cicho –wtedy wiele detali umknie.
Przyjrzyjmy się więc wybranym gościom. Fergie – nie jestem w stanie tego słuchać, (przyznaję się – mam w domu płyty Black Eyed Peas i w dodatku czasem ich słucham!) ale zachwyty na rockową ekspresją tej damy są nadmierne. Śpiewa jak Małgorzata Ostrowska 20 lat temu. Sorry, Slash – ale to kiepski wybór. Nie inaczej ma się z Ozzym. Słucham utworu z nim na wokalu i mam wrażenie, że za chwilę ktoś umrze. Ja albo on. Ozzy się kończy? Skończył się już dawno – gdyby nie Sharon, nie przetrwałby nawet 5-latki po wydaleniu go z Black Sabbath. Zombie nie mają lekkiego życia. O wiele lepiej trzyma się również weteran – Iggy Pop. Jego piosenka to udany, pełen dekadenckiego niepokoju song mówiący o tym, że skoro i tak wszyscy umrzemy, to się choć dobrze zabawmy. Mało pocieszające. Adam Levine z Maroon 5 dodał liryczny oddech pośród rockowego jazgotu. To najzabawniejszy duet na płycie. To wcale nie jest piosenka Slasha, to jest piosenka Maroon 5. Ciekawe czemu najczęściej nr 7 na płytach jest właśnie balladą? Broni się Chris Cornell, ale on – dzięki barwie głosu - broni się nawet, gdy brata się w celach czysto merkantylnych z Timbą. Nr 9 to kawałek instrumentalny z Davem Grohlem i Duffem McKagenem – nic nadzwyczajnego, od gitarowego onanizmu jest wielu lepszych fachowców od Slasha. A. Stockdale w "By The Sword" tak bardzo naśladuje Planta, że aż nie chce się tego słuchać. Za bardzo. To boli moje uszy. Slash to nie Page, a jego projekt to nie Led Zeppelin. Lemmy, czyli silnik Motorhead od dawna budzi już tylko we mnie litość, Ale jakże inaczej, kiedy taki dziadzio śpiewając udaje, że jest zadziorny. Może lepiej niech się z Ozzym na jakieś ziółka uspokajające umówi? Efekt komiczny – niezamierzony? Kawałek, oczywiście, swoją wyuzdaną motoryką przypomina "Aces of Spades". Spodobał mi się jeszcze "Nothing To Say" z wplecionym cytatem (nieświadomym?– zdarza się to coraz częściej i u innych) z Black Sabbath oraz "Starlight" z Mylesem Kennedym, który ponoć będzie wokalistą na trasie promującej płytę. W co najmniej w czterech kawałkach słyszę wyraźnie celowe nawiązania do twórczości Guns ‘N’ Roses.
Ta płyta to nic więcej ponad zbiór kompromisów. Prawie wszystkie kompozycje są tak "pod" konkretnego wokalistę, że równie dobrze mogłyby się znaleźć na ich płytach. Tylko wtedy proporcje, by się odwróciły – Slash byłby jeno gościem. A tak, skoro on zaprasza – jest uprzejmym gospodarzem. Kudłaty wysmażył więc placek, który da się łatwo przełknąć, na szczęście niedosytu nie będzie.
Dawid Brykalski
P.S. Do wydań zagranicznych dołączono atrakcyjne bonusy. Najciekawszy wydaje mi się duet Fergie i Cypress Hill "Paradise City" – czyli stary hit Gunsów, podane zupełnie na nowo. Wiekszya w tym asługa Cypress niż Fergie. Do maksymalnie kuriozalnych zapisuję wspólne nagranie Alice'a Coopera i liderki Pussycat Dolls - "Baby Can’t Drive". Świetny jest bonus "Mother Mary" zaśpiewany przez Beth Hart – u nas mniej znana, ale rewelacyjna.
Tagi:
Slash, Guns N Roses, Wolfmother, Ozzy Osbourne, Rocco DeLuca, Fergie, Kid Rock, Iggy Pop
Komentarze
Nie dodano jeszcze komentarza, bądź pierwszy.
- ELECTRIC WIZARD, THE SECRET - relacja z drugiego dnia wrocławskiego festiwalu Asymmetry
- CRIPPLED BLACK PHOENIX - wywiad
- NO AGE, DIE! DIE! DIE! - relacja z koncertu w Krakowie, 16.04.2011
- MZ.412, SKULLFLOWER - relacja z koncertu w Londynie, 05.03.2011
- RAFAŁ IWAŃSKI (HATI, X-NAVI:ET) - wywiad
- JACEK LACHOWICZ o 'Wersji 2011'
- I BLAME COCO - relacja z koncertu w Warszawie, 20.03.2011
- THE YOUNG GODS - relacja z koncertu w Krakowie, 27.02.2011
- THE YOUNG GODS - relacja z koncertu w Warszawie, 22.02.2011
- ACCEPT - relacja z koncertu we Wrocławiu, 06.02.2011














Favourite State of Mind
Spiritus Movens
Agharthi Live 10-09
S1
Hard Working Classes
Blood Pressures
02
Hillbilly Joker
Jason... The Dragon
ASYMMETRY FESTIVAL 2011 - dzie...
ASYMMETRY FESTIVAL 2011 - dzie...
ASYMMETRY FESTIVAL 2011 - dzie...
CoCArt 2011 - Toruń, 25-26.03...
MZ.412, SKULLFLOWER, IRON FIST...
COLISEUM - Kraków, 28.03.2011