THE DEAD WEATHER - Sea Of Cowards

On: "sąsiedzi dostają szału kiedy wracam do domu. Wkurzam ich. O tak, wkurzam ich". Ona: "możesz nawet płakać jak dziecko, tylko daj mi zrobić to co muszę". Spotykają się w połowie drogi między brodzącym po kolana w klasycznym bluesie rockiem spod znaku Jimmy'ego Page'a, a sludge'owym brudem rodem z bagien Luizjany. Ściany drżą, jakby zaraz miał się skończyć świat.
"Sea Of Cowards" to płyta piękna w swojej brzydocie. Mocna rockowa muzyka bazująca na pentatonicznych skalach, przepuszczona przez przester, który zniekształca w zasadzie wszystko – od gitar, przez perkusję, a skończywszy na wokalach. Pod tą pozornie mało atrakcyjną otoczką kryje się najlepszy rock, jaki Jack White nagrał od czasu "Elephant". Może dlatego, że w końcu dopuścił do głosu swoich wspólników w zbrodni: Alison Mosshart odrestaurowała spiłowane na debiucie pazury, a szarpiący sześć strun Dean Fertita z podniesionym czołem wyszedł z cienia lidera The White Stripes. To już nie jest weekendowy projekt kilku znanych muzyków, ale rockowa kapela z prawdziwego zdarzenia. Zmiana o tyle ciekawa, że od premiery "Horehound" minął zaledwie rok.
Zastrzyk świeżych pomysłów w zderzeniu z rock'n'rollową rutyną White'a zaowocował płytą, która jest jednocześnie archaiczna i nowoczesna. Ta dychotomia wynika z konfliktu klasycznego gitarowego grania z lat 70. z nowoczesną produkcją, czołowego zderzenia korzennej muzyki z całym spektrum brzmieniowych eksperymentów. "Sea Of Cowards" to jednak nie tylko perfekcyjne balansowanie na krawędzi między trapiącymi Dead Weather sprzecznościami, ale również – a może przede wszystkim - doskonałe kawałki. Kipiący od nadmiaru testosteronu "Blue Blood Blues" spokojnie mógłby oddać tytuł demonicznemu "Hustle The Cuss", a awanturniczy "Gasoline" wybuchowemu "Die By The Drop". Pozorowany w tym ostatnim damsko-męski konflikt między Mosshart a Whitem jest tak naprawdę silnikiem napędowym "Sea Of Cowards". To emocje zaklęte w rock'n'rolla, masa dobrych riffów i patentów, które raczej nie miałyby szans zagościć na dłużej w macierzystych formacjach muzyków. Z tego zestawu zdecydowanie wybija się zamykający całość kawałek "Old Mary", prowokujący nie tylko tekstem, ale też formą, bliższą raczej gotyckiemu mrokowi Bauhaus, niż kaskaderskiemu rock'n'rollowi amerykańskiej formacji. Do odważnych świat należy.
Maciek Stankiewicz
Tagi:
The Dead Weather, Die By The Drop, Sea Of Cowards, White Stripes, Jack White
Komentarze
Nie dodano jeszcze komentarza, bądź pierwszy.
- ELECTRIC WIZARD, THE SECRET - relacja z drugiego dnia wrocławskiego festiwalu Asymmetry
- CRIPPLED BLACK PHOENIX - wywiad
- NO AGE, DIE! DIE! DIE! - relacja z koncertu w Krakowie, 16.04.2011
- MZ.412, SKULLFLOWER - relacja z koncertu w Londynie, 05.03.2011
- RAFAŁ IWAŃSKI (HATI, X-NAVI:ET) - wywiad
- JACEK LACHOWICZ o 'Wersji 2011'
- I BLAME COCO - relacja z koncertu w Warszawie, 20.03.2011
- THE YOUNG GODS - relacja z koncertu w Krakowie, 27.02.2011
- THE YOUNG GODS - relacja z koncertu w Warszawie, 22.02.2011
- ACCEPT - relacja z koncertu we Wrocławiu, 06.02.2011















Favourite State of Mind
Spiritus Movens
Agharthi Live 10-09
S1
Hard Working Classes
Blood Pressures
02
Hillbilly Joker
Jason... The Dragon
ASYMMETRY FESTIVAL 2011 - dzie...
ASYMMETRY FESTIVAL 2011 - dzie...
ASYMMETRY FESTIVAL 2011 - dzie...
CoCArt 2011 - Toruń, 25-26.03...
MZ.412, SKULLFLOWER, IRON FIST...
COLISEUM - Kraków, 28.03.2011