musicnews musicnews

OZZY OSBOURNE - Scream

Data: 2010-08-19
Poleć ten artykuł innym:
Dodaj do digg Dodaj do facebook Dodaj do delicious Dodaj do linkedin Dodaj do myspace Dodaj do wykop.pl Dodaj do blip.pl Dodaj do flaker.pl

Zawsze ciężka cholera mnie bierze, kiedy ktoś z "dużym" nazwiskiem wydaje (najczęściej jeszcze po latach) nową płytę. Na nieszczęście dla tych "wielkich" natychmiast rzucają się główne media w poszukiwaniu pożywki i sensacji. Nowy materiał nie jest analizowany i oceniany pod kątem muzycznych walorów tylko pod względem "sensacyjności" danego wykonawcy.

 

Ozzy już dawno przestał być muzykiem, zresztą w szczególnych przypływach skromności przyznawał, że nigdy nim nie był. "Rozpoznałbym akord chyba tylko wtedy, gdyby mi spadł na głowę" – powiedział i to wiele lat temu. Szukając wiadomości o Osbournie szybciej znajdziemy coś o tym, co dzieje się z nim, w jego życiu, z jego organizmem, czy jego rodziną, z którą może konkurować chyba tylko Adams Family, czy się zestarzał, czy zrobi sobie jakąś operację. Tysiące innych pierdół, które bardziej pasują do Dody czy innej Rutowicz niż kogoś, kto (nawet jeśli przypadkiem) dał podwaliny pod hard rocka i heavy metal.

 

Wnerwia mnie więc pisanina uprawiana przez pismaków z głównych mediów, lub przez dzieciarnię z portali internetowych - też tych "wiodących". Bo w tych pisanych na ilość i termin nędznych wypuskach inteligentów ery facebooka z prawie każdego zdania wynika, że piszący nie mają pojęcia o czym piszą. Prawdopodobnie taki jest target – czytelnik, słuchacz czy internauta to według redaktorów wydań niewyrobiony głupiec, któremu można wszystko wcisnąć.

 

Tymczasem, wbrew zachwytom, Ozzy nagrał bardzo słabą, wtórną i wymęczoną płytę. Czyżby w obliczu demencji starczej małżonka, Sharon nie miała już lekarstwa? Czy tytułowy "krzyk" to już tylko charczenie zmęczonego życiem faceta, który jednak za coś musi utrzymać tę porąbaną rodzinę? A może jednak komuś wydaje się, że Ozzy wzniósł się na jakieś szczyty? Jest to mylne mniemanie, świadczące o nieznajomości tematu.

 

Żeby rzetelnie podejść do "Scream" zadałem sobie trud przesłuchania płyt Black Sabbath nagranych z Ozzym, obejrzałem kilka koncertów na DVD, a dodatkowo przypomniałem sobie książki o Ozzym, Black Sabbath i… autobiografię Sharon. I myślę, że jakkolwiek ekshibicjonizm tej kobiety może irytować, najwięcej prawdy o Ozzym i jego muzyce jest właśnie tam. "Słynny" serial sobie darowałem. Mam takich sąsiadów za progiem.

 

To, co od razu wyłapuje się na "Scream" to produkcja płyty. Potężna ściana dźwięków, moim zdaniem, ma na celu odwrócenie uwagi słuchacza od niedostatków głosowych lidera. Dodatkowo jego głos jest wielokrotnie nagrany przez różne ulepszacze. Z przyjemnością udam się na koncert, och ja wiem "No More Tours…", ale jednak w to hasło z przed lat nie wierzę, by wysłuchać tego skrzeku, jakie wydobędzie z gardła ponad 60-letni starzec. 

 

Żeby na płycie było z wykopem, wigorem i czadem – cóż za oklepane zwroty… Dokładnie tak jak ta płyta, Ozzy, a może raczej Sharon, wziął do współpracy młodziaków. Ileż razy widziałem to na koncercie i słyszałem na płytach… Ledwie poruszający się, połamany lumbago, stary gwiazdor bierze młodych do składu, dając im cenny punkt w CV, a oni w rewanżu robią co mogą, by nadać muzyce życia, energii, tudzież jakichś emocji. Alice Cooper, Ritchie Blackmore, Whitesnake, Vai, Malmsteen, nieżyjący już Dio i wielu, wielu przed nimi i zapewne jeszcze więcej po nich. Zwolnił więc Ozzy Zakka Wylde’a i mam nadzieję, że obu to na dobre wyjdzie. Ozzy będzie mniej pić, a Zakk nagra kolejne płyty, jeszcze bardziej wolne od piętna Księcia Ciemności. Na gitarze więc gra (ba! według wp.pl wręcz wymiata!) Gus G. W sumie druga liga, ale współpraca z Ozzym uskrzydla. Sekcję obsługują też nowi w składzie, a za klawisze wziął się Adam Wakeman – syn Ricka. Yes. I doprawdy nic wielkiego z tej roszady nie wynika. Z pierwszej części płyty wyróżnia się "Let Me Hear You Scream". Dość dynamiczny, koncertowy wymiot. I nawet Ozzy, jak dawniej krzyczy, tylko, że z coraz większym trudem. Na "Soul Sucker" wyraźnie gitarzysta dostał polecenie – nawiązuj do Black Sabbath. Sekcja nadal gra, jakby nie była sekcją, tylko walcem, który ma zmiażdżyć słuchacza. W domyśle, odwrócić uwagę słabej kondycji lidera. Słuchając kawałka nr 5, czyli "Diggin’ Me Down" poczułem się co najmniej dziwnie. Najpierw jest "klimatyczne" intro jakich miliony powstają na milionach heavymetalowych płyt, ale potem… Gdyby nie zmuszający się do wysiłku starczy głos, to ten kawałek mógłby zaistnieć na płycie Metalliki. I to z tych starszych, np. "… And Justice For All".  Po "Diggin’…" płyta się dla mnie kończy. To znaczy tam są jeszcze jakieś kawałki, ale już zupełnie mdłe i wtórne. Nie mam ochoty słuchać Ozzy'ego w kolejnych balladach, albo bezbarwnych piosenkach wyraźnie nawiązujących do Lennona i The Beatles. Nie wierzę mu, gdy śpiewa, że znów mnie ukrzyżuje. Nie wierzę, bo to, co robi jest zbyt epigońskie, jest zbyt wykalkulowane, bym dał się nabrać. Artystyczne kompromisy, które udają, że nimi nie są nie służą sztuce. Owszem, przytrafia się jeszcze jakaś ciekawostka, a to bas ciekawie zabulgocze, a to gitarzysta (jednak) w solówce błyśnie – nr 7 ("Fearless") oraz 8 ("Time"). Może go Ozzy na chwilę ze smyczy spuścił? "Gitarzystów trzeba trzymać krótko. Jak go nie zbastujesz w odpowiedniej chwili, może grać to swoje pieprzone solo i 3 godziny" – powiada Osbourne i tego się trzyma.

 

W kontekście całości dokonań Ozzy’ego "Scream" i tak jest pewnym postępem w porównaniu do poprzedniej płyty "Black Rain" (2007). Bo tam groźny czarny deszcz był taki, jak z Andrzeja Leppera był światowej sławy terrorysta, a z Renaty Beger wysuczona gwiazda porno. Myślę również, że gdyby taki album, jakim jest "Scream" nagrał jakiś mało znany zespół, powiedzmy z Milwaukee, to przeszedłby on bez wielkiego rozgłosu. A że to Ozzy się wygłupia (przesłanie na koniec płyty – nędzne tło na klawiszach i jęczący Ozzy: "Niech Bóg was błogosławi, kocham was wszystkich". Czy ja jestem na jasełkach związanych z nawiedzeniem przez Najświętsza Panienkę?!, czy słucham płyty Ozzy’ego Osbourne'a?!!) , to jest pozornie wielkie słuchanie i jeszcze bardziej pozorne wielkie pisanie, recenzowanie i komentowanie (w tych wielkonakładowych pismach i na liczonych w miliony kliknięć portalach).

 

Do najlepszych rzeczy, jakie udały się w życiu Ozzy'emu zaliczam: debiutancki album z Black Sabbath (1970), album "No More Tears" (1991), album koncertowy "Tribute: Randy Rhoads" (1987), album koncertowy "Live & Loud" (1993), czteropłytowy box "Prince Of Darkness" (2005). Małżeństwo z Sharon (1982) należy rozpatrywać jako dar od Boga. Bez niej Ozzy byłby nikim. Od czasu do czasu wspominanym w artykułach i biografiach, wyrzuconym w haniebnych okolicznościach, zapomnianym członkiem Black Sabbath. Kto nie wierzy, zachęcam do lektury autobiografii Sharon. I jeszcze ta okładka. Co to ma być?! Samotny Ozzy na szczycie ze sztandarem w pozie jednoznacznie wskazującej na inspirację rewolucją francuską. Flaga czarna, więc żałoba. Ozzy ma skrzydła, gdzieś się wybiera? Chyba jako ten Ikar – zaraz po starcie runie. Dwoma palcami wskazuje coś na horyzoncie. Cel? Wroga? Kolejny szczyt? Możemy się tylko domyślać. Ja stawiam, że cyniczny staruch pokazuje bank, w którym zbiera na spokojną (choć w przypadku takiej osobowości spokój ducha, ciała tudzież umysłu nie wchodzi w grę) emeryturę. Wreszcie sylwetka wokalisty. Podretuszowane zdjęcie jak nigdy oddaje jego stan psychofizyczny, o którym tak chętnie informuje – wygląda jak zombie. Jedno z tych, które już nikogo nie dogonią. I zemrą z głodu.

 

Dawid Brykalski


Tagi:
Ozzy Osbourne, Scream, recenzja

Dodaj komentarz

Komentarze

Brawo dla kolegi Brykalskiego! Wreszcie ktoś powiedział to otwartym tekstem! OZZY to przereklamowana, nadmuchana, pozbawiona talentu postać, która o dziwo jakimś cudem miała w życiu kawał szczęścia! Nie oszukujmy się, gdyby nie przypadkowa znajomość z Tonym Iommim - nikt by tego pracownika rzeźni nie odkrył! A tak na marginesie, słuchając płyt Black Sabbath z Dio - nie mogę zrozumieć, jak w tak znamienitej kapeli mógł śpiewać jakiś Ozzy?!

(2010-08-24 | 11:27)

~ Sebass

musicnews MusicNews