musicnews musicnews

LIVING COLOUR - relacja z koncertu w Krakowie - 29.01.2010

Data: 2010-01-30
Poleć ten artykuł innym:
Dodaj do digg Dodaj do facebook Dodaj do delicious Dodaj do linkedin Dodaj do myspace Dodaj do wykop.pl Dodaj do blip.pl Dodaj do flaker.pl

Wskrzesili Elvisa! Nie, nie amerykańscy naukowcy, ale muzycy grupy Living Colour, którzy 29 stycznia prawie dwugodzinym występem w krakowskim klubie Studio zakończyli dwukoncertowy wypad do Polski. Ich show to pokaz nieziemskiej wirtuozerii, z łatwością deklasujący popisy większości progrockowych i progmetalowych "wymiataczy". Tyle, że jest to wirtuozeria w służbie dobrej muzyki. No i rewelacyjna zabawa.

 

Jeżeli zastanawialiście się kiedyś jak brzmiałby rock grany przez jazzmanów, to wybierzcie się na koncert grupy Vernona Reida. Choć może to zbyt duże uproszczenie, bo obecni na scenie od niemal trzech dekad Amerykanie nie ograniczają się tylko do tych dwóch gatunków, wplatając w swoją twórczość elementy funku, punk rocka, metalu, bluesa, a nawet... rave. Ten ostatni dał o sobie znać w trakcie prawie 30-minutowej solówki perkusyjnej Willa Calhouna. Facet musi mieć kartę stałego klienta sieci sklepów zabawkowych Toys"R"Us, bo jego zestaw, oprócz tradycyjnych instrumentów perkusyjnych, przyciąga wzrok jaskrawo świecącymi i jeszcze bardziej egzotycznie brzmiącymi dodatkami, jakby żywcem wyciągniętymi z planu serialu "Star Trek". Po pierwszej, raczej tradycyjnej części swoich popisów, Calhoun postawił na elektronikę i klub zdominowały mocne beaty rodem z rave'owych imprez, jakie wstrząsnęły Anglią na początku lat 90. Choć najbardziej widowiskowa, nie była to jedyna pokazówka tego wieczoru – z aplauzem publiczności spotkały się też kaskaderskie eskapady basisty Douga Wimbisha w głąb sali oraz kosmiczne solówki gitarowe Vernona Reida.

 

Bez napuszenia i wymuszonej powagi charakterystycznej dla lwiej części wirtuozów, Living Colour zaprezentowali krakowskiej publiczności coś więcej niż tylko dobry rockowy koncert. Choć nie mają już co marzyć o popularności, jaką cieszyli się na początku lat 90. (mają na swoim koncie m.in. dwie nagrody Grammy i trasy koncertowe u boku The Rolling Stones i Guns N' Roses), wciąż potrafią cieszyć się graniem i zarażać swoim entuzjazmem publiczność. Setlistę zdominowały utwory z najnowszego, wydanego w ubiegłym roku albumu "The Chair Tn The Doorway", ale nie zabrakło też kawałków z debiutanckiego "Vivid", kolejnego "Time's Up", czy nagranego przed zawieszeniem działalności "Stain". Wszystkie zostały bezbłędnie zagrane i zabrzmiały jak milion dolarów. Największy aplauz wzbudził bis, w trakcie którego mieliśmy okazję usłyszeć żywiołowe wykonanie coveru Nirvany "In Bloom", klasyczny "Cult Of Personality" i chyba najważniejszy punkt tego wieczoru - "Elvis Is Dead", w trakcie którego Reid próbował nam wmówić, że "Elvis opuścił budynek". Jego duch jednak musiał być obecny w Krakowie, kiedy czarnoskórzy muzycy zagrali fragment "Hound Dog" z werwą, jakiej nie powstydziłby się sam Król u szczytu kariery. I tak, bez efekciarskiej produkcji scenicznej, kokietowania publiczności, a nawet zbędnej konferansjerki, Living Colour pokazali jak powinna wyglądać rock'n'rollowa zabawa w najlepszym stylu.

 

Maciek Stankiewicz


Źródło: MusicNews.pl

Dodaj komentarz

Komentarze

Nie dodano jeszcze komentarza, bądź pierwszy.

musicnews MusicNews